Dzisiaj blogi rownolegle, wiec ta czesc jest od Kuby.
Najedzeni, wiec szczesliwi. Wlasnie wyszlismy z restauracji, gdzie wciagnelismy ryz z warzywkami z sosem masala na maselku, w dodatku rowniez z warzywami. Jestesmy w Varanasi, swietym miescie, gdzie przeplywa swieta rzeka, mieszkaja swiete krowy i mozliwe, ze my tez stalismy sie nieco (bardziej) swieci ;] Jutro natomiast kierunek Nepal (nie mylic z napalmem), do Kathmandu. Trzeba przyznac, ze pozbywamy sie pepowiny, ktora pomagala nam organizowac czas. Ostatnia rzecza ktora mielismy uzgodniona jest jutrzejszy wyjazd, a potem to juz tylko wolnosc, swoboda, kobiety, wino i spiew... mniej wiecej ;] Pepowina zreszta byla juz lekko podpilowana, bo od paru dni wloczymy sie lokalnymi autobusami i pociagami. Jest to niezly temat na odpowiesc. Zaczne od tego, ze bylismy w Khajuraho. Wies (no bo nie jest to miasto) znane jest ze swiatyn, ktore maja pelno lubieznych rzezb na scianach. Tlumaczenie tego faktu jest dosc pokretne, ze niby bogowie nie beda niszczyc czegos co im samym sprawia przyjemnosc. Mniejsza zreszta o tlumaczenie, w skrocie po prostu chodzi o gole baby. Co ciekawe, nie tylko... sa i faceci... i zwierzeta... i jakies smoki. Generalnie pelna dowolnosc ;] Wracajac jednak do podrozy, prosto z tego siedliska zgnielizny moralnej (hehe ;]) musielismy sie dostac autobusem do Satny, a tam zlapac pociag do Varanasi. Autobus lokalny to egzotyka sama w sobie, trzesie sie na maxa, zgrzyta, charczy, ale uparcie zasuwa do przodu. Obliczylismy, ze srednia predkosc na tej trasie wyniosla 30 km/h (taka mala gimnastyka mozgu, zeby sie do konca nie zlasowal). 150 km jechalismy przez 5 godzin. Niezly wynik? Pomyslicie pewnie, ze zalosny. Coz, czytajcie dalej. Pomijajac drobna przygode gdzies po drodze, gdzie to musialem wbiegac do autobusu juz w biegu, bo gosc wystartowal bez czesci pasazerow, ze lazilem po dachu, dojechalismy do Satny. Tam rzucila sie na nas chmara naciagaczy proponujacych ryksze i autoryksze. Wybralismy jedna i trafilismy na dworzec. Pomijajac znowu pewne drobne zdarzenia jak np to, ze nasz pociag byl pociagiem widmo (wyjasnie po powrocie, czas sie konczy), ze przystawiala sie do mnie jakas jalowka (dodajmy ze byla swieta), wsiedlismy do pociagu. Wystarowalismy o godzinie 21:00 (godzinne opoznienie), dojechac mielismy o 04:40. Wagon sypialny, nie jest zle. Uderzylismy w kimono ustawiajac budziki na 04:20 zeby ze spokojem sie spakowac. ZZZzzzzzzz...... Budzimy sie, sprawdzamy gdzie jestesmy. Okazuje sie ze pociag ma juz 3 godziny spoznienia. Teraz musze sie juz naprawde streszczac, bo nie zdaze opublikowac posta. Zatem, w skrocie - byla jakas kolizja pociagow przed Varanasi, ktora spowodowala, ze wszystkie pociagi musialy zostac zakolejkowane na jedynym sprawnym torze. Koniec koncow dojechalismy do Varanasi o godzinie 14:00 nastepnego dnia, po 17 godzinach podrozy.
Z ciekawostek:
- W ktoryms z poprzednich blogow pisalismy o ... hmmm, roznorodnosci fauny zamieszkujacej tutejsze miasta. Tak sie sklada, ze zaobserwowalismy kilka nowych gatunkow ciekawych gatunkow - male myszki i gigantyczne szczurzyska, jakiegos gekona (w kazdym badz razie cos jaczurko podobnego, co zasuwalo po murach i nie przejmowalo sie tym czy to sciana, czy sufit),
- Jestesmy wlasnie w kafejce, w ktorej trzeba zdejmowac buty... jak w swiatyni ;]
- Zarcie nadal jest pyszne, a ulubionym owocem wyprawy jest poki co papaya,
- Ten pociag do ktorego wsiedlismy w Satne jechal tak naprawde gdzies z poludnia. W sumie zrobil jakies 1600 km, a dziewczyny, ktore w nim poznalismy jechaly nim juz ok 50 godzin ;]
- Zadanie dla chetnego (na szostke ;]) - obliczyc srednia predkosc pociagu na trasie Satna - Varanasi ;].
środa, 10 grudnia 2008
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
3 komentarze:
No! Nareszcie jakieś pieprzne szczegóły ;-) Swoją drogą, lubieżne świątynie, slamsy i spływanie zwłok... że niby tak egzotycznie... a Internet mają ;-) i przynajmniej jeden komputer! No więc czekamy na zdjęcia, opisy przekonujące, ale chodzą słuchy, że tak naprawdę jesteście w Skorzęcinie i się mocno nudzicie!
Fajnie się czyta Wasze opisy. Robię sobie herbatkę, wyjmuje jedzonko, włączam bloga i czytam :) Muszę przyznać, że nie spodziewałem się takich rozwiniętych i tak obrazowych postów. To pewnie podczas tych wielogodzinnych podróży powstają ;)
Ale zdjęcie by się przydało. A nawet dwa ;)
Nad zdjeciami pracujemy. Mamy juz pierwszy sukces na koncie - foty zrzucone z aparatu, teraz wystarczy kilka wybrac i wrzucic ;]
Prześlij komentarz